bez wspomagania

Każdego dnia chcę napisać posta, mam nawet na to czas… ale nie idzie, mam jakąś niemoc twórczą… a wydawać by się mogło że mam o czym pisać. Dziś strzeliły dwa tygodnie mojego weganizmu, postanowiłam też dla zdrowia ograniczyć spożycie alkoholu… nastała piękna biała zima, złapał mróz… w domu jakoś spokojniej. Weszłam w tryb wieczornych medytacji, ćwiczeń oddechowych… gitara też się nie kurzy… Dzieje się. Dzieje, a mi ciężko zebrać graty i coś napisać. Mam już nawet kilka fajnych fotek  do opublikowania…

Napiszę zatem zwyczajnie co u mnie, może i w tryb pisania wpadnę po dłuższej przerwie… Jestem obecna w sieci od ładnych paru lat. Typową stronę ze zdjęciami i pisaniną mam od 2007 roku z niewielkimi przerwami. Zmieniały się domeny, ale idea pozostawała bez zmian. Wcześniej też był epizod strony opowiadającej o perypetiach trzech szalonych dziewczyn… taki nasz (mój i dwóch kumpel) pamiętnik wypraw i turlania się po knajpach 😉 Młodość 🙂 Kilka dni temu zaimportowałam tu posty z większości blogów. Są, piękne i gotowe – kawał historii… ale muszą poczekać, uznałam, że wrzucanie tu zdjęć ze znakiem wodnym z poprzednimi domenami namiesza koszmarnie… Tak więc stopniowo będę zmieniała te znaki i publikowała posty, będzie się działo – na publikację czeka 216 szkiców!

A teraz, teraz smakuje mi kawa z mlekiem roślinnym… co przy pierwszym podejściu do weganizmu absolutnie nie miało miejsca. Jest dobrze! Nie chodzą głodna, pilnuję strączków… pomału planuję jakieś badania kontrolne za 2-3 miesiące. Podoba mi się! Opublikowałam dumnie licznik dni weganizmu na stronie, jest moc! Zastanawiam się czy nie warto byłoby kupić sobie taki przykładowy gotowy jadłospis wegański na 2 tygodnie powiedzmy. Miałabym ogląd na to jak bilansować posiłki… bo książkę na ten temat mam, tylko weź ją człowieku ogarnij i wylicz to wszystko, czysta dietetyka…

Na dziś chyba kończę, zamierzałam napisać coś więcej ale nie wyszło, chyba muszę zarządzić wieczorny zakaz włączania youtube na tv. Ryczy to głośno, skupić się nie da… porażka, nawet pomyśleć w spokoju nie można, bo jak nie jedno …. to tv.

Swoją drogą… las zachęca do spacerów. Ileż to kalorii można spalić ciągając dzieciaki na sankach… Fotki we wpisie są sprzed kilku dni, chwilę później sypnęło, zrobiło się biało… Bałwan nam nie wypalił, ręce mi odpadły… ale sanki już owszem.

Aaa… jak już być tak do reszty monotonnym i zrobić posta o wszystkim do kupy… pocieszę się tu publicznie z INTU, apki do medytacji. Ale fajne! Podoba mi się! Do tej pory korzystałam z medytacji mindfulness – prowadzonych przez moją trenerkę MBLC i CBLC… w black friday zainwestowałam w roczny abonament INTU – jestem zachwycona!

No, to idę. Może następnym razem jak już zakażę wieczornego telewizora napiszę coś bardziej sensownego. 

Comments (0)

Leave a comment

Your email address will not be published.