Pierwszy raz od wielu lat…

Nigdy nie byłam molem książkowym, na studiach zabierałam się wyłącznie za książki tematyczne, podręczniki… po studiach przyszła pora na pracę, która była moją pasją… inną były piesze i rowerowe wycieczki, później do aktywności fizycznej dołączyła fotografia przyrodnicza… Nie było tu miejsca na książki. Na nic innego nie było miejsca, pracowałam zmianowo, po nocy umysł nie byłby w stanie skupić się na czytaniu, za to aktywna wycieczka to było coś idealnego.

Do książek innych niż podręczniki zasiadłam w okolicy kolejnego etapu w moim życiu… macierzyństwo. Macierzyństwo skierowało mnie na tory książek o rodzicielstwie bliskości, wychowaniu bez kar i nagród… później, kiedy poznałam uważność i medytację doszły książki o mindfulness właśnie, o filozofii slow, o minimalizmie. I tak było do tej pory.

Od pewnego czasu na głównej stronie legimi w oczy rzucał mi się tytuł “Gambit królowej” Waltera Tevisa… nigdy nie sięgałam po literaturę piękną, nigdy. Patrzyłam na ten tytuł jako na bestseller, polecany… i miałam poczucie, że to strata czasu, niczego mnie ta książka przecież nie nauczy. Moje czytanie zawsze coś mi dawało, było częścią samorozwoju… czy to jako mamy, czy to w ramach uważności, pomagało ogarnąć spowolnienie w bezsensownym biegu. A tu co? Książka o szachach? Nawet nie lubię szachów, nie potrafię grać  (wiem jak poruszają się poszczególne figury po szachownicy) i nigdy się nimi nie interesowałam. Kilka dni mijałam “Gambit” i każdego dnia bardziej mnie intrygował…

Zaryzykowałam. Czy serio będzie to strata czasu? Oj no najwyżej przerwę, nikt mnie nie będzie rozliczał z przeczytania do końca. Jestem w trakcie … i powiem szczerze, że nie mogę się oderwać, łapię za czytnik jak dzieci oglądają bajkę jak się kąpią… jak się bawią… Ciekawość tego co będzie dalej jest ogromna. Podoba mi się ten stan, to poczucie. Znam je, ale nigdy nie odczuwałam w stosunku do “zwykłej” książki…

Nie, książka nie musi rozwijać, może dawać przyjemność… pobudzać ciekawość… Niesamowite bo odkryłam coś czego nigdy wcześniej nie wiedziałam, nie dopuszczałam… i nie rozumiałam… że czytać można nie tylko po to aby się uczyć. Niby oczywiste, ale gdzieś tam w środku miałam zakorzenione, że to strata czasu, tak mało go mam w ciągu dnia, że “tracenie” go na czytanie o niczym było ponad moje siły.

Zdumiałam się, w sam raz w ramach zadania pomiędzy medytacjami z kursu INTU 🙂