Asystolia pośpiechu

Kiedyś adrenalina była mi niezbędna do życia, nie – nie żebym była w stanie żyć bez niej, nikt nie jest… taka zawodowa adrenalina. Kiedyś intensywniej znaczyło lepiej, kiedyś niebezpieczne było pociągające. Dziś niewiele już zostało z tamtego pędu do działania, takiego działania. Dziś wolę spokojniej, dziś szukam spowolnienia, dziś nie szukam wrażeń. Kiedy widzę pędzący na sygnale ambulans łezka kręci mi się w oku, ale nie tęsknię za tym. Nie tęsknię do pośpiechu i podejmowanych natychmiast decyzji, za napięciem i stresem. To był wyjątkowy czas w moim życiu, byłam tam całą sobą. Już nie chcę, nie potrzebuję.

Kiedyś definiowałam się swoim zawodem, wykonywaną pracą. Dziś definicja ta jest szersza, nie wystarczą już dwa słowa. I choć nadal czuję się ratownikiem medycznym to już nie jest moje jedyne ja, właściwie nie wiem czy zostało z niego coś poza słowami. Dobrze mi z tym, dobrze mi z zatarciem wyraźnych do tej pory granic. Pojawiła się przestrzeń. Czy jestem teraz oazą spokoju i zen? Nieeeeeeeeee… dążę do spowolnienia zależności akcja – reakcja, raz wychodzi lepiej raz zupełnie system się przepala. Cóż, kierunek znam, zdecydowanie nie planuję zmieniać szlaku.

No nic, wbrew zasadom jakimi rządzi się świat ja nie zamierzam się już spieszyć. Pośpiech jest przereklamowany, pośpiech to kasa, ale nie dla nas i naszych kieszeni – dla nas to stres i mniejsza produktywność. Czytam sobie ostatnio w ślimaczym tempie książkę Kierunek: offline. Jak znaleźć cyfrową równowagę i zrozumień e-dzieciństwo twojego dziecka?  i jestem przerażona. Nie żeby książką, książka jest genialna podobnie jak dwie poprzednie Agnieszki Krzyżanowskiej. Przerażają mnie przytaczane tam badania, ich wyniki… uzależnienie od smartfona, mediów społecznościowych… wszędzie czas czas czas… zdążyć ze wszystkim, być wszędzie na raz. Nie chcę żeby tak wyglądało moje życie, życie moich dzieci. Czy jestem w stanie to zatrzymać… u siebie tak, u swoich młodocianych na teraz też. Małe dziecko i telefon? Nie, jeszcze długo nie. Pozostaje mieć nadzieję, że takich jak ja jest więcej i że za kilkanaście lat dzieciaki będą jeszcze potrafiły nawiązywać prawdziwe głębokie relacje. Nie no, nie jestem jakimś wyjątkiem, choć wiem jak wielu ludzi ma odmienne zdanie i podejście. Książkę polecam całym sercem, choć sama jestem jeszcze w trakcie czytania, warto.

Pośpiechowi mówię nie, bo czy można szybko zjeść rodzynkę i w pełni poczuć jej smak? Nie można, sprawdziłam. Łykając ją na szybko nie tylko nie dajemy sobie szansy na poczucie prawdziwego pełnego smaku, ale i utrudniamy wchłanianie substancji odżywczych… czyli tracimy więcej niż się nam wydaje. 

Zatrzymaj się i żyj. Jakże sprzeczne w ratownictwie 🙂

Dobrej nocy.